Jak co roku i tym razem udało nam się wyruszyć na tygodniowe ferie w Tatry. Naszym priorytetem jest nauka jazdy na nartach, aby jak najszybciej wyeliminować opłaty za instruktorów. Tola zrobiła znaczące postępy i właściwie możemy już uznać, że jest mistrzem nart. Sama szybko zjeżdża, sama wjezdza na orczyku i slalomem. Jagoda w trzecim dniu naszego pobytu też radzi sobie doskonale i też juz sama zjeżdza, ale jeszcze boi sie orczyka. Jaś jeżdzi z noskami i daje sobie doskonale rade. Mamas siedzi w domu u gazdziny i wie to wszystko z opowieści wieczornych, a odbije sobie za kilka lat i zostanie królowa stoków.

Warunki mieszkaniowe mamy wielroodzinne. My 6-osobowa ekipa w jednym pokoju 5-osobowym a nasi towrzysze rumani w 5 osób w 3-osobowym, wiec jest ciekawie, a chaos i hałas przerasta czasami nas wszystkich dorosłych. Przydałby sie spiderman z supermanem a i batmanem byśmy nie pogardzili. Wybranie sie z domu i ubranie 6 maluchów to wyczyn nie lada i w mam talent zdobylibysmy pierwsze miejsce. Koordynacja szlaików czapek i rękaiwczek, które wyschły a które sa jeszcze mokre to zadanie.

Jaś ośwadczył sie średniej córce gażdziny Kindze, jest jeszcze najmłdosza Marysia, wiec jak Kinga, ładna 20-latka nie zaczeka na Jaśka to jest jeszcze jakas szansa. Jas biega do dziewczyn w kadej wolnej chwili do kuchni i je czaruje swoim trzyletnim urokiem, chwilowo to działa.

A po obiedzie chodzimy na sanki z mamas. Turalmy sie po puszystym sniegu, zbiegamy z najwyzszych górek. wpadamy po pas w zaspy i jestesmy cali czerwoni na buziach.